4/29/2017 Hugona, Piotra, Roberty


HISTORYCY W SŁUŻBIE FAŁSZOWANIA HISTORII../26

Polska historiografia II-agentura wpływu . Josef Goebbels - Historię piszą zwycięzcy.
avatar użytkownika Maryla
Maryla, czw., 26/08/2010 - 23:21

Józef Goebbels w Berlinie w 1936 roku: "Musimy wziąć udział w opanowaniu świata. Musimy więc stać się narodem panów, i tak musimy też wychować nasz naród".

W notce Polska historiografia . Josef Goebbels - Historię piszą zwycięzcy.

opublikowałam za zgodą Autora, który chce zachować anonimowość,  fragmenty korespondencji, dzisaj część II, rozwinięcie tematu : agentura wpływu, która usiłuje wygrać jakiś cel w interesie określonego państwa (nie tylko Rosji) czy grupy polityczno-kapitałowej. Problem w tym, że nazwanie kogoś agentem wpływu moze spowodować reakcję prawną, a możliwości udowodnienia praktycznie nie ma.

 .."Historycy w Polsce okresu komunizmu pełnili funkcję politruków. Ich celem nie było dociekanie prawdy, tylko takie jej fałszowanie, by skompromitować ruchy i idee niepodległościowe oraz uzasadnić status quo. Oczywiście najbardziej ordynarne manipulacje są znane, ale jest też pełno mniejszych, dobrze zakamuflowanych, które do tej pory funkcjonują. Warto tu nadmienić, że środowisko historyków w Polsce dzieli się na dwa główne nurty, wiernych poputczików Moskwy i rewolucjonistów Moskwie niechętnych, ale wiernych ideałom internacjonalnego komunizmu. Te dwa nurty uformowały całe środowisko historyków w Polsce, nie tylko światopoglądowo, ale i warsztatowo.

Oczywiście są wyjątki, ale nie wpływają one na ogólny wizerunek.

Problem szeroko pojętego warsztatu historyka jest szczególnie istotny. Te same cechy występują zarówno u historyków opcji "prawicowej" jak i "lewicowej". Jest to swoiste zacietrzewienie polityczne, które powoduje, że opisywana przez tych historyów rzeczywistość przypomina agitkę partyjną i z prawdą ma niewiele wspólnego. Historykom jak gdyby pomyliły się ich zadania. Zamiast ustalać fakty, umieszczać je w czasoprzestrzeni, analizować związki przyczynowo-skutkowe, historycy ciskają gromy na lewo i na prawo, szafując autorytatywnymi sądami, przy czym im sąd bardziej radykalny, tym historyk lepszy.

Uciekając w daleką historię, by uniknąć emocji, przykładowo przeciętny historyk rzuca gromy na Jagiełłę, nazywając go durniem bądź idiotą, bo z Grunwaldu nie poszedł na Malbork. Nigdy jednak nie zadaje sobie pytania, dlaczego Jagiełło na Malbork nie poszedł, nie analizuje wszystkich czynników ekonomiczno-gospodarczych i militarno-politycznych, wreszcie nigdy nie używa słów "nie wiem", chyba całkowicie naturalnych dla normalnego człowieka. A wystarczyłoby przecież napisać, że z sobie znanych powodów Jagiełlo na Malbork nie poszedł, a każdy wnioski może wyciągnąć sobie sam.


Kolejnym bardzo ważnym w tym kontekście problemem jest "solidarność środowiskowa" oraz nepotyzm. Środowisko historyków, szczególnie historyków akademickich wytworzyło swoiste dynastie, które wzajemnie się wspierają. Efektem jest postępująca degeneracja, bo tak należy nazwać choćby zatracenie umiejętności posługiwania się językiem polskim przez "humanistów". Tłumaczenie, że wynika to z wymogów "naukowości" tekstu wzbudza zażenowanie.


Oczywiście, zaraz pojawia się zarzut, że nie można w ten sposób oceniać całego środowiska. Rzut oka na półkę pozwala jednak odpowiedzieć: dlaczego nie? Okazuje się, że większość publikacji jest autorstwa weteranów bądź ich najbliższych, którzy w ten sposób chcieli ocalić od zapomnienia w ich mniemaniu ważny fragment historii. Są też dzieła korespondentów i reporterów, którzy bynajmniej nie będąc historykami, na bieżąco opisywali wydarzenia.

Co się okazuje? To Westerplatte i Monte Cassino Wańkowicza najlepiej opisują te tak ważkie bitwy, bo nie dość, że świetnie napisane, to oprócz faktów oddają ducha chwili, coś co pozwala wczuć się w nastrój tamtych dni. A co zrobili przez blisko już 70 lat historycy? Przecież nikt z pistoletem za nimi nie stał i nie bronił zajmować się tymi tematami.
Środowisko to przy tym jest niezwykle obłudne. W prywatnych rozmowach krytykują książkę znanego historyka z dalekiego kraju, który napisął znaną książkę. Obawiam się, że mają rację, ale dlaczego nie zrobią tego publicznie?

Dlaczego sami nie napiszą niczego? A swoją drogą fenomen tego historyka zadziwia. Czy sukces zawdzięcza świetnemu pióru, tak obcemu polskim akademikom? Po części na pewno tak. "Egzotyczne pochodzenie" bez wątpienia pomaga się przebić w świadomości społeczeństwa. Swego czasu jednak sam przyznał się, że podpisał to i owo zagrożony deportacją z Polski, ale donosy pisał w porozumieniu ze znajomymi i na pewno nikomu nie zaszkodził. Teraz w internecie śladu po tym nie ma. Czyżby wyszedł przed szereg?

Historyk z dalekiego kraju jest jednak poddanym królowej. Czy królewskie służby wiedzą o tym epizodzie z jego życia ? A może same go wykorzystują do kreowania polskiej opinii publicznej? No ale po co te nieładne pytania, przecież wszystko jest świetnie, prawda, panowie historycy?

Na koniec taka uwaga. Oczywiście różne patologie w środowisku historycznym, tudzież doraźne jego wykorzystywanie w celu osiągnięcia doraźnych korzyści politycznych nie są niczym nowym ani związanym z komunizmem.

Można tu przypomnieć "spory naukowe" usiłujące udowodnić polskość bądź niemieckość Biskupina. W komuniźmie i post-komuniźmie, w którym teraz trwamy doszło jednak do gigantycznego nawarstwienia tych problemów.

Pytanie co z tym robić. Terapia będzie zapewne nieskuteczna, a na pewno długa i kosztowna. Może więc rozpropagować pisanie własnych historii, czy to rodzinnych, czy lokalnych? W internecie przestrzeni jest aż nadto. Tu jednak znowu bez wsparcia państwa, czy to w udostępnianiu archiwów, czy w ochronie przed obcą agenturą, koło się zamknie. Problem jest i do tego jest bardzo poważny. Trzeba go tylko najpierw zauważyć."...

 ---------------------------------------------------

Mam nadzieję, że nie nadużyłam zaufania Autora powyżej cytowanej korespondencji , a sam temat naszej rozmowy posłuży komuś innemu do napisania kontry do tej opnii, lub rozwinięcia tematu?


http://blogmedia24.pl/node/35611